Święta Bożego Narodzenia na Mauritiusie są okazją do weryfikacji, czego najbardziej nam brakuje

Świąteczne (tropikalne) rozdwojenie jaźni

Polski grudzień to przecież jazda bez trzymanki. Taka wolna amerykanka, z gosposią na dopalaczach, z froterowaniem podłóg nawet w garażu i połamanymi paznokciami od łuskania orzechów.

Myślałam, że ten obraz (najświętszej męczennicy) Matki Polki już mnie nie dotyczy. Że ten kurewsko drogi bilet lotniczy uchroni mnie dystansem 10 tysięcy kilometrów od wytartej kamizelki pana Zenka i jego zażółconych papierochami palców, gdy kupuje na promocji drugi traktor na baterie (przyda się dla kolejnego wnuka w przyszłym roku), przy czym, zyskam może na spokoju ducha? Przecież odcięłam się od nocnego pieczenia pierników, mycia okien przy minus 10 i obsesyjnego obmacywania pomarańcz u baby w warzywnym. Nie trzymam karpi w wannie, nie ratuję walącej się choinki podczas ataku kota, nie idę w tango po Tesco, bo rzucili gęsi z wolnego chowu. U mnie będzie zero waste, chleb bez glutenu, deko – eko (dwa kawałki wymytego przez ocean drewna) i tyle. No i ziarenka dla ptaszków.

Podczas gdy biję się tak ze starą tożsamością

Mój Koziołek operuje w wymiarze zredukowanej boleści (czytaj: “po najmniejszej linii oporu”): prezent chwyci na stacji benzynowej, jak będzie wracał z biura prosto na wigilijną kolację, przecież i tak trzeba wlać benzyny… byle tylko orzeszki na stole były i butelka Fanty! Wrzuci się kolejny raz Planetę Singli, chyba że zadam Zimną Wojnę, zależy od tego, którą nogą wstaniem. Jak ukulele i wiolonczela (szczególnie ja, piszcząca górnym C-mol), jak Starsi Panowie i Justin Biber (to Koziołek, bo nie chce krawata), jak kawior i kiszona kapusta (tu mówię o teściowej i naszych cuuudownych dzieciach), nic nie jest w stanie pogodzić totalnie niepasujących do siebie wyobrażeń o Świętach. Porąbana geografia, porąbany Mikołaj, porąbana sarmacka historyja.

Babcia z namaszczeniem gotowała barszcz wigilijny

pierogi z kapustą i grzybami, makowiec i tony jeszcze tego, co takie dobre, a potem nażre się człowiek i leży, i jęczy, i stęka. Babcia nie wiedziała, że była pit bullem, co to tradycja i koniec. Ja raczej de meduzy bardziej podobnam, tak sobie krążę, coś tu i coś tam, z falą, więc raczej nic solidnego, trwałego. Boję się, że nie zdołam unieść ciężaru tradycji, przekonań, spuścizny, nazwij to kurzy ryj, jak chcesz. Śnią mi się po nocach kolejki, siatki, listy prezentów. Złote łańcuszki, czerwone bombki, zielone swetry i biała wata. Wymiękam. Tarcie chrzanu w otwartym oknie, moczenie rodzynek. Wymiękam. Już nie puknę karpia w czoło, nie będzie się musiał trzepać, choć ponoć umarty na śmierć, po całej łazience. Wy-mię-kam, NO WAY.

Mauritius ma być sofistikajted i wery ekskluziw

Moja wewnętrzna manager od spraw niemożliwych wymaga, by Mikołaj miał parcie na bodybuilding, albo przynajmniej na botoks. Zamykam oczy na biedę, na śmieci i na porę cyklonów. To się jeszcze da, ale jak tu zapomnieć o cieciu, u którego mama, do ostatniej chwili, chowała prezenty w kanciapie, i o przeciągu na klatce? Jeszcze brzęczy mi w uszach jego: “Drzwi dziady, ku…wa zamykać, i Wesołych Świąt!” Nostalgia? Eee tam… Ubrałam palmę w światełka. I dwie bombki. Dalej nie mogę, boję się, że pęknę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s