polski turysta pije dużo i nie przebiera w słowach

Polski turysta na Mauritiusie. Trzymajcie mnie, bo zacznę gryźć!

Niejeden polski turysta na Mauritiusie zachowuje się jak  bufon. Obawiam się, że określenie to nie oddaje bezmiaru jego impertynencji.

Uwielbiam trąbić, wszystkim wobec i każdemu z osobna, że jestem Polką. Białego orła na wściekle czerwonej czapce widać już z daleka i przyznaję bez bicia, obchodzę się z czapeczką jak z relikwią. Mój znak firmowy to biała koszulka z napisem „MAURITIUS PO POLSKU – przewodnik”, napis też czerwony, no bo jakże. W samochodzie na tylnej szybie nalepka „PL”, a pod lusterkiem zapachowa (owoce tropikalne) Łowiczanka z kolorowym fartuszkiem… Brakuje tylko karpia w wannie. A może by tak flagę wetknąć w palmę? Jeszcze pomyślę…

IMG_3155.png

Żarty na bok. Jestem dumna, że udało mi się zachować znaczną część mojej polskiej tożsamości, choć już ponad 30 lat na „wygnaniu”… Cieszy mnie, że mam dziś okazję pomagać rodakom odkrywać zwyczaje mieszkańców maurytyjskiej ziemi. Długo nad tym pracowałam, musiałam wiele się nauczyć i nadal studiuję niezliczone tematy. Co do siebie samej, mam wielkie wymagania, bo świadcząc usługi szerokiej publiczności, jestem zobowiązana do utrzymywania najwyższej ich jakości.

Ale chwileczkę… No właśnie, co z tą drugą stroną? Czy istnieje jakiś przepis, który określa obowiązki polskiego turysty? Podkleślam „polskiego”, gdyż artykuł ten nie miałby sensu, gdyby traktował o innych narodach. Sprawa dotyczy wyłącznie Polaków. I tu jest pies pogrzebany.

Słyszało się tam czy ówdzie, że jakiś Polak narozrabiał na pokładzie samolotu. Że kogoś gdzieś ukarali, wyrzucili, zakazali mu wstępu, bo źle się zachował. Takie pojedyncze przypadki, o których Pudelek jeszcze nie miał okazji szczekać, uwagi nie warte. Dobrze, że ktoś „z dyrekcji” się tym zajął i sprawa została „załatwiona”. Zazwyczaj, podczas prywatnych wycieczek, małe incydenty jak zwichnięcia, nastawia się jednym ruchem i wszystko powraca do normy.  Ludzie przecież mają wakacje, luz jest, lekkie przyćmienie werbalno-behawiorystyczne, niektórzy są jetlagged, więc mówi się trudno i jedzie się dalej. Co? Chamstwo? Ależ… Polacy chamami? Najczęściej polskie chamstwo przybiera formę niestosownego żartu, który ma na celu rozbawić ferajnę, a zaciera przy okazji granice dobrego wychowania, taktu i daje prawo do wszelkich wybryków.

Alkoholowa finezja Troglodyty

Wizyta w destylarni rumu w Chamarel. Od pięciu lat przyjeżdżam tutaj średnio raz na tydzień. Miała być degustacja, skończyło się na małym piekiełku.

Ledwo obejrzałam linię produkcyjną z moją sześcioosobową grupą, a już z paniką w oczach dopadła mnie obsługa, żebym tylko „zachowywała się porządnie”… Poprzednia, blisko trzydziestoosobowa grupa Polaków urządziła przykładowy bałagan i hostessy w popłochu starały się ogarnąć pomieszane butelki, mokre blaty, poprzewracane kieliszki i… kilkunastu harcujących, nadzwyczaj głośnych bencwałów.

Możnaby pomyśleć, że samoobsługi uczy się w Polsce już od przedszkola – bez pytania czy można, w jakiej kolejności i w ilościach przechodzących wszelkie pojęcie DEGUSTACJI, Polacy zabrali się za „polewanie”. Nie będę rozwodzić się nad ilością grubaśnych uwag i przepełnionych kieliszków, przepychaniem do wiaderka z butelkami, wymianie uwag o jakości „bimberka” oraz innych, bliżej nieokreślonych, a przecież mało cywilizowanych wyczynów.

Naukowcy badają motywację jaka pcha ludzi do podejmowania aktywności turystycznych.  Studiują i opisują ich potrzeby poznawcze oraz chęć samorozwoju intelektualnego i duchowego. Zachęcają do realizacji ambitnego programu zwiedzania. Specjaliści ci podkreślają dbałość dzisiejszego turysty o prestiż danej atrakcji, jak i stałe poszukiwanie autentyczności przeżyć i doświadczeń…

Dumam tak i siedzę, siedzę tak i dumam, i nijak mi to nie pasuje do polskiego turysty na Mauritiusie. Przynajmniej tego, którego masowy atak odpychałam w destylarni. Beznadziejnie szukałam tour lidera (to taki gość, który ma najwygodniejsze buty i gwizdek na sznurku albo tabliczkę z nazwą stada, które oprowadza), bez skutku. Swoje odrobiwszy, poszedł do siusialni albo do kolejki po butelkę. Grupa puszczona „samopas” przechodziła samą siebie. Kończyłam smakowanie trunków z moimi gośćmi, nie bez trudu, bo przeszkadzali mi wcześniejsi, polscy smakosze stale serwujący sobie z butelek, na zajętym przez nas stanowisku. Pomyliłam parę podsuniętych kieliszków, nalałam jednak i w te, tak z rozpędu. Ktoś rzucił „a ty, to w aptece pracujesz?!”, trzęsąc naparstkiem, żeby więcej weszło… Rechot na sali. Uporczywie podsuwający mi kieliszek z bełkotliwym „polej pani”, gość wisiał już całym ciężarem na moich plecach, aż w końcu rąbnęłam: „świnio najobrzydliwsza, przestań mi się naprzykrzać, a jak chcesz chlać, to wracaj do siebie, kup pół litra i obciągnij na kanapie. Wyjdzie taniej.” Tak naprawdę, w ostatniej chwili ugryzłam się w język i wyszło coś w stylu: „Szanowny Panie, degustacja to inaczej kosztowanie. Do picia będzie Pan potrzebował znacznie więcej czasu i własnej butelki. Na czym to ja stanęłam?”

Przyznaję, że brak odwagi na walnięcie gościowi w nos, powraca echem i męczy mnie do dzisiaj. Poczucie niemocy to straszna rzecz. Nie moja grupa, nie moja działka. Chociaż kilka osób chwyciłam za rękę i wyraźnie poprosiłam o zaprzestanie samodzielnego urzędowania, nie miałam żadnej szansy na ogarnięcie tej historii. Było już za późno. Sama naprzeciw szarżujących bawołów… nie wiem, czy jasno się wyrażam?

Syndrom grupowego ogłupienia, czy co?

Wrażenie, że urlop nie jest czasem na odpoczynek, tylko nadrabianiem straconych okazji na zalanie robaka, nie opuścił mnie już do końca dnia. Nasze grupy spotkały się jeszcze na obiedzie. Co mnie cholera podkusiło, żeby wybrać tę samą restaurację?!

Jak psy spuszczone ze smyczy, przepraszam z tego miejsca maurytyjskie psy, wszystko, co tylko można, zalewali mocnym. Co będzie na obiad? Przecież stoi chleb na stole! Wrąbiemy suchy. Nie… weź, wyciągnij, tam tego, z torby… Poczekaj, przynieśli masło, no to muszą donieść chleba! Co? Podali papryczkę? No, a chleb? Zjedzony? Dawaj jeszcze! Mamy prawo do dwóch piw? A ja chcę jeszcze jedno… muszę płacić? Może baba zapomni zapisać… Zamów butelkę. Jedną? Coś ty głupi?! Weź trzy. Nie zmarnuje się, w autobusie skończymy. Daj chleba, bo już nie mam. Zawołaj, niech przyniosą! Już mam dość, ale się nażarłem… A co będzie na obiad? Ale zapytajcie też o chleb. Niech nie myślą, a co!

Czerwone, napuchnięte twarze. Spocone dłonie, lejące się makijaże, rozchłestane koszule. Pijacki bełkot i głośne nawoływania z drugiego końca stołu. Whisky, rum, piwo. Piwo, whisky, rum. Modlę się, żeby wskazówki mojego zegarka kręciły się szybciej.

mauritius-polski-turysta-alkohol.jpg

Gdy puszczają hamulce, nie tylko kategoria „skarpetek i sandałek” straszy bliźniego swym zachowaniem. Ważne osobistości, oh jak bardzo ważne, tak dla relaksu, potrafią zmienić się w najprawdziwszego frajera. Wszystko tłumaczy grupa. Wymieszane życiorysy, doświadczenia, zawody… Okazuje się, że prezenter telewizyjny występujący  w kąpielówkach ma dokładnie taki sam brzuch jak gość z mleczarni. Skrajny to przykład, ale funkcjonuje równie dobrze wśród osób z tego samego zakładu pracy jak i grupy znajomych, organizacji politycznej czy jakiegokolwiek innego wyjazdu integracyjnego (motywującego, nagradzającego, podsumowującego… niepotrzebne skreślić).   Anomimowa ludzka masa, której pochłonięty alkohol powoli roztapia mózg.

Kłopot zaczyna się tam, gdzie kończy się indywidualna odpowiedzialność turysty za własne postępowanie. Czytaj: wyjazdy grupowe = mega bajzel.

Przy założeniu, że każdy z nas, niezależnie od tego czy jesteśmy turystami czy nie, ma dobre maniery, wszystko powinno iść jak po maśle. Czasem jednak, praca z liczną grupą zwiedzających przypomina orkę na ugorze. Grupą, jak bardzo liczną? No właśnie. Od ilu osób zacznie się ferment? Kiedy wejdzie na scenę nieobyczajność? Co sprawi, że z ludzi wypełznie plugawość? Czy 10 osób to gwarantowany obciach? Czy urocza Pani Jola, powszechnie znana jako uprzejma i dyskretna osóbka, nie ukarze się nam w zupełnie innym świetle, puszczając, już nie aż tak dyskretnie jak można by się było po niej spodziewać, pawia w autobusie?

Urlopowy zespół bliskich sobie osób żywi iluzję o swej nieomylności i jednomyślności, przy czym złudzenie to jest tym silniejsze, im wyższy jest status społeczny każdego z uczestników i im większy jest poziom wewnętrznej spójności grupy. Każde wypowiedziane zdanie przewodnika jest komentowane „on live” przez prowodyra grupy (często z pomocą jednego lub paru adjutantów), a im bardziej dowcipny, a najlepiej grubaśny komentarz, tym bardziej galeria się cieszy. Pokuszę się tu o wysunięcie teorii rzędu matematycznego że, niezależnie od tematu, poziom komentarza jest odwrotnie proprcjonalny do ilości wypitego alkoholu jego autora. Milczenie traktowane jest jako zgoda. Aby uniknąć powtarzających się negatywnych reakcji grupy, krytyczni jej członkowie decydują się w końcu nie zabierać głosu, a każda uwaga celująca przywrócenie porządku jest lekceważona lub odpowiednio dewaloryzowana.

Ochota na używanie przekleństw jest rzeczą uwarunkowaną biologicznie, ale już ich dobór ma ścisły związek z kulturą danego indywiduum.

Wszyscy klną. Ja pierwsza. Gdy sparzę się kawą, gdy walnę sobie młotkiem w palec, gdy ucieknie mi autobus. Czasem w żartach, by rozprężyć atmosferę albo szczególnie coś podkreślić. Lista przyczyn jest długa, każdy ma jakąś własną. Ich stopniowanie (bo „kurce wodnej” daleko jeszcze do grubiańskich inwektyw), siła głosu, mimika i mowa ciała, ma ogromny wpływ na trafność efektu. Dzięki bystremu użyciu przekleństw, można nimi rozśmieszyć, ukoić i rozgrzeszyć, ale można i obrazić, zranić lub upokorzyć. Nadużywane, gubią leczniczą moc. Tracą emocjonalny wydźwięk i przestają robić wrażenie. Uporczywie odgrzewane, wskazują na niemotę umysłową. Przysłuchując się czasem zwykłym dyskusjom Polaków, a wcale nie muszą być one zaognione, możnaby pomyśleć, że idzie właśnie grupa osób z zespołem Tourette’a.

Nawet jeśli istnieje wyraźny konflikt między przekonaniem jednostki a presją grupy, jednostka ulega.

Wiara członków we wrodzoną wyższość moralną własnej grupy powoduje, że ignorują oni etyczne i moralne konsekwencje swego zachowania. Alkohol, głupie żarty, grubiaństwo to przepis na wybuchową mieszankę. Et voilà.

Temat nie jest nowy, wielu naukowców badało przyczyny i skutki takich komformistycznych zachowań. Kto wie, czy genealogia turystycznych troglodytów  nie stanie się nauką ścisłą… Co ratuje planetę przed katastrofą to fakt, że gdy grupa się rozpada, jednostka wraca do swoich uprzednich przekonań czy zachowań. Przepraszam, to kiedy kończymy wizytę?

Jeśli nieprzyzwoicie wysoka cena za pobyt nie gwarantuje kurtuazji, elegancji i taktu klienta, to przynajmniej redukuje ryzyko niepotrzebnych scysji o płatność za konsumpcje, i tyle. Skrajne tępactwo, niestety nie jest proporcjonalne do zasobności portfela. To byłoby zbyt proste! Gdzie zatem szukać winnych?

Organizator. Profesjonalista… magik… frajer!?

Kto odpowiada za zachowanie turysty? On sam. A w następnej kolejności, jeśli nie jego mama, to zaraz potem przewodnik (wycieczka indywidualna) lub tour lider (wycieczka grupowa).

Przewodnik, w przeciwieństwie do izolatora, umożliwia przepływ prądu.  Ci, którzy dawno opuścili szkolne ławki może nie pamiętają, ale przewodnik posiada swą własną, nieprzekraczalną rezystancję… 🙂 Mamy też jego odwrotność – konduktancję, która określa przewodność elektryczną. Im większa konduktancja, tym lepszy przewodnik. Czasem rezystancja wysiada… Jakby przełożył z polskiego na nasze to wyjdzie, że przewodnik, który pije ze swoją grupą i przyjmuje taki sam plugawy  język, jest równym gościem. I to by było na tyle z elektryki.

Przewodnik „prze”. Otwiera drogę, bo upewnił się, że jest bezpieczna i wie dokąd prowadzi. „Wodzi” stojąc na czele, nadaje kierunek i tempo. Jest głównodowodzącym, bo ma talent przywódczy i sprawdzony plan działania. Znawca terenu i lokalnych obyczajów, ustala granice do nieprzekroczenia. Dba o bezpieczeństwo swych podopiecznych  oraz  zachowanie wzajemnego szacunku wśród odmiennych  kultur.

Biura podróży wysyłające na zagraniczne wycieczki swych gości mają obowiązek zapewnić fachową opiekę „rezydenta” (nie mylić z prezydentem). Dobrze gdyby gość mieszkał już na wyspie od paru dni, bo jak poznać dany obszar i jego mieszkańców z kilkunastostronowej dokumentacji wydrukowanej na podstawie Wikipedii? Bez gruntowego przygotowania, rezydent nie może spełnić swego zadania. Będąc pasterzem swym barankom, może zrealizuje się poprzez szukanie najbliższej toalety.  

To tour lider lub przewodnik są odpowiedzialni za zachowanie porządku, dyscypliny i dobrych manier grupy, którą się zajmują. Basta. Jeśli nie potrafią odpowiednio jej przygotować do danej atrakcji, wyjaśnić jeszcze przed wyjściem z autokaru specyfiki podejmowanej aktywności, opowiedzieć co, gdzie, kiedy i w jaki sposób, powinni zmienić robotę.  Komplikacje typu „Bolek i jego osiem piw” należą do klasyki i powinny być regulowane szybko, dyskretnie i bezboleśnie dla całej reszty wycieczkowiczów.

To prawda, że łatwiej pracuje się z ludźmi, którzy sami wiedzą co można, a czego nie. Unika się wtedy zbędnego gadania? Nie! Wykorzystuje się zaoszczędzony czas na pogłębianie ciekawych tematów, na wymianę doświadczeń i poglądów.

Zróbmy zatem rachunek sumienia zanim zaczniemy wytykać przewinienia Chińczyków myjących nogi w toaletach lub oddających mocz w miejscach publicznych, pijanych Brytyjczyków kąpiących sią w paryskich fontannach i biegających po hotelu na golasa Rosjan. Naprawę turystycznej maszyny zacznijmy od regulacji własnego gaźnika.

 

 

10 myśli w temacie “Polski turysta na Mauritiusie. Trzymajcie mnie, bo zacznę gryźć!

    • Katy pisze:

      Ha haa! Dobre! Myślę, że zdrowy rozsądek wystarczy, a ten przecież za darmo rozdają przy narodzinach. Wystarczy czasem zastanowić się chwilę nad sobą samym i będzie 🙂 Dotyczy nas to wszystkich, bez wyjątku. Jesteśmy w stanie zejść do nieprzewidywalnie niskiego poziomu, jeśli tylko okoliczności wydają się sprzyjające. Czy osobista autocenzura zadziała w odpowiednim momencie, zależy od nas samych…

      Polubienie

  1. Pojedyncza pisze:

    Niestety to dość popularny mechanizm: jestem na wakacjach = wszystko mi wolno. Normalnym, spokojnym, kulturalnym ludziom za granicą puszczają wszelkie hamulce – pozwalają sobie na rzeczy, których „u siebie” nigdy by nie zrobili. Myślę, że wielu z nim przyświeca zasada „należy mi się” – skoro wydałem tyle na wycieczkę, to chcę wykorzystać wszystko do ostatniej kropelki, nawet kosztem taktu i kultury osobistej. No i przecież „nikt mnie tu nie zna”…
    Też np. zdarzyło mi się być na degustacji, gdzie panowie rzuciki się na te naparstki jakby alkoholu w życiu nie widzieli, a na pewno wszystkich z nich było stać na butelkę porządnego trunku.

    Polubienie

  2. Magda pisze:

    No niestety takie przypadki z polskimi turystami nie tylko na Mauritiusie😉Mieszkam od kilkunastu lat w Szwajcarii tu tez widze takie przypadki.Ostatnio byly skoki Polskich Skoczków w Engalberg i bylo duzo polskich „kibicow”piajnych,krzyczacych i przeklinajacych.Moj maż szwajcar mòwi ze od razu widac ze to Polacy😄Wczesniej było mi wstyd za tych polakow tylko dlatego ze tez jestem Polka ale dzis juz nie.Moj mąż mowi zawsze do mnie ze niepowinno mi byc wstyd bo to w sumie obcy ludzie sa tylko ze mowia po polsku a to do niczego mnie nie zobowiazuje.Ma racje👍Zawsze chetnie rozmawiam z Polakami.Ale czasem nawet niechce sie przyznawac ze rozumiem co oni mowia.Szczególnie jak nam dzieci a one rozumieja po polsku.Troszke kultury osobistej nikomu niezaszkodzi czy to Polak czy tez nie.Pozdrawiam
    PS.Zawsze chetnie czytam Pani publikacje.

    Polubienie

    • Katy pisze:

      Dziękuję Pani Magdo za to czytanie! 🙂 Powtarzam, że chamstwo to międzynarodowy robal, ale alkohol to szczególnie polski kłopot. Nie ma co porównywać z innymi narodami, trzeba się za siebie wziąć i kropka! 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s