Tylnymi drzwiami do raju – Mauritius, książka o wyspie i jej mieszkańcach

Polska rezydentka obala mity o Mauritiusie poprzez ciekawą analizę maurytyjskiego społeczeństwa.

«Bonzur!» (Dzień dobry!) Na początku było słowo

Poniższy fragment pochodzi z mającej się ukazać niebawem książki pod tytułem „Tylnymi drzwiami do raju. Klituś -bajduś polskiej rezydentki.”

Nie ma lepszego miejsca pod słońcem od kuchennego stołu, gdzie po zwariowanym dniu, rodzina zbiera się na wspólny posiłek.

«Tam jest twój dom, gdzie się twoja historia zaczyna», mawiała babcia Frania. Moja historia zaczęła się na południu Francji, gdy wspólnie z ojcem moich dzieci, zdecydowaliśmy się na zakup przeszło dziewięćsetletniego zamku Montalègre. Całkowite odrestaurowanie posiadłości zabrało nam ponad dziesięć lat, ale już parę miesięcy po zamieszkaniu tam, przyjęłam naszych pierwszych gości. Zdecydowałam, że będę gościć podróżnych, różnorakich obieżyświatów spragnionych niecodziennych wrażeń. Gotowych na przebieranie się w kmiecia lub Wołodyjowskiego oraz wymianę poglądów na każdy temat przy swojskiej kolacji.

I tak się zaczęło.

Pierwsza ślubna ceremonia, wymuskana specjalnie dla naszych włoskich przyjaciół, Sonii i Stefana. Miało być skromnie i rodzinnie. Impreza powaliła publikę, nie wspominając o Młodych, na kolana. Były ochy i achy, gratulacje, projektory, telewizja… Każdy wyłaził ze skóry. Bogato było, po pańsku.

Kolejne spotkania, kolejne śluby, kolejne emocje… toż to robota, jak każda inna. Jak szampańskie bąbelki, za każdym razem potrzebowałam ich więcej, aby osiągnąć pożądany efekt. W końcu, miałam ochotę sobie sama dać w pysk. Zwołałam ludzi, z którymi później przepracowałam ponad trzynaście lat. Zespół profesjonalistów najróżniejszych dziedzin, ściągniętych z całego kraju, dzięki nieprzespanym nocom, niekończącym się dyskusjom i niezliczonym spotkaniom weryfikacyjnym. Wyplułam na biurko żółć jaka mnie zalewała. Zrozumieli. Stali się grupą przyjaciół, która zgodnie z moimi szalonymi pomysłami trzymała teraz rękę na pulsie i nie pozwalała wystartować na Księżyc. Od tej pory, nieśmiałe odczucie dało miejsce twardej zasadzie: prestiż bez prostoty jest żałosnym nieporozumieniem. I odwrotnie. Dzisiaj te rzeczy określa się w Curriculum Vitae jako „solidne doświadczenie zawodowe”.

Francja-elegancja. Kolejne lata organizowania ślubów według sprawdzonej receptury, takiej bez nadymania się. Strzelanie na oślep starymi dowcipami, aż sparaliżowana strachem Panna Młoda zarży ze śmiechu. Spotkania z ludźmi. Z mnóstwem ludzi różnych horyzontów. I te chwile, gdy zatyka dech w piersi, bo człowiek niezdarnie stara ogarnąć bombardujące go życiorysy. Stłumione szepty bo późno, a wszyscy śpią (wszyscy, oprócz mnie i 89 letniej artystki-malarki, która samą siebie nazywa „wariatką z Bermudów”).

Siedzimy i pijemy likier. Jeden i drugi. Siódmy. Jedenasty. Chichramy się jak głupie. Wariatka opowiedziała mi prawie całe swoje życie. Ja nie opowiedziałam wiele, przecież mam dopiero 45 lat. Życiowy żółtodziób, wszystko jeszcze przede mną!

I wreszcie Mauritius – bliskie spotkania trzeciego stopnia. Z karaluchami XXL włącznie. Od pięciu lat wciąż odkrywam ten obcy mi kraj i jego egzotycznych obywateli. Nie sądziłam, że oprócz rajskich, szeroko reklamowanych plaż, ten skrawek ziemi zdoła mnie jeszcze czymś urzec, zadziwić czy wzruszyć… A jednak! Z czasem, odkrywam kulisy tubylczego życia, tego spoza hotelowych widokówek. Uczę się oddychać tym samym powietrzem co rybak, wystawiający na sprzedaż swój poranny połów.

Jedna ryba, na rozłożonej na ziemi gazecie. – Chodź już, tu śmierdzi! – marudzi po angielsku mała dziewczynka i ciągnie za rękę niewysoką blondynkę z pięknymi okularami. Wsiadają do taksówki i znikają za zakrętem. – Chodź już, czas oskrobać rybę – rzuca po kreolsku smukły chłopak do młodszego brata. Pakuje rybę do worka, wkłada pod pachę i ciągnie malca w kierunku rozwalającej się budy.

Moje życie na Mauritiusie. Moja pasja i robota. Moja rodzina i kumple. Trochę odrapanego patosu i ślubne wianki z frangipane. Jak tu nie zwariować? Jak podzielić się emocjami, zanim się ulotnią? Żeby został ślad po zapachu, po spojrzeniu, żeby utrwalić dotyk wiatru i ciepło słońca na skórze? Jak przekazać smak słonego buziaka? Co oprócz wakacyjnych zdjęć przyprawić może o dreszcz żywego wspomnienia? Pisz, mówią. Pisz!

Dobry przewodnik turystyczny najczęściej pisany jest przez kompetentny zespół specjalistów różnych dziedzin. I tu jestem w kropce, bo przecież wszystko zebrałam sama. Solidnymi studiami dokumentalistycznymi też za bardzo pochwalić się nie mogę. Zamiast siedzenia w archiwach w Curpipe, gdzie lampy wiszą za wysoko (na samą myśl spędzenia paru godzin na jednym z ich kulawych krzeł, zaczynają boleć mnie plecy), wolałam śmignąć na bazar, wśród ludzi, zjeść mine- frite w budzie u Chińczyka, słuchać plotek bab sprzedających pseudokaszmirowe szale i nudnych jak flaki, ale nadzianych istnymi perełkami, opowiadań hinduskiego policjanta na emeryturze… Jemu i tak, nigdy i nigdzie się nie spieszyło, a gdy bąknęłam coś o kompozycji utworu literackiego w języku polskim, zszedł tak jakoś, najpierw na paskudną pogodę: „duży gorąc, nie?”, a zaraz potem, na zalety odżywcze ryb łowionych przez osobistego zięcia: „nie chcesz przypadkiem świeżej, mam tu taką jedną, czekaj, zaraz przyniosę, choleracośmisiętagazetaporozdzierała”, więc co tu gadać, szanse na napisanie dzieła sztuki, które zatrzęsłoby światem, umarły w powijakch.

Będzie więc nierówno. Bo wielu rzeczy nie rozumiem. Bo się ich boję. Bo kiedy się dziwię, to buzia sama mi się otwiera. Bo czasem słoma wyłazi mi z butów. Ot, takie pisanie dla buraka, cebuli, szczypiora… dla całej sałatki warzywnej, jeśli tylko mościa sałatka zechce! A uprawnia mnie do tego wyłącznie moja pasja. Bo to coś, co siedzi we mnie i wyje za każdym razem gdy pojawia się temat «Mauritius», musi wreszcie wyjść i zacząć żyć własnym życiem. Potrzebne mi słowo.

Jakkolwiek szaleńczym wydawał mi się projekt spisania wyspiarskich refleksji (bo któż zabiera się za opróżnianie oceanu łyżeczką do herbaty?), towarzyszyła mu niesamowita satysfakcja, równie dobrze podczas zbierania plebejskich dykteryjek, jak i lepiej czy gorzej udokumentowanych faktów. Codzienne odkrywanie maurytyjskiego mikroświata, bezdyskusyjnie stanowi niewyczerpane źródło podniecających emocji. Spotkania, rozmowy, obserwacje… przekazy słowne z pewnością przyczyniają się do odkrywczego procesu jakkolwiek, to głównie wymiany niewerbalne, przedziwne konfiguracje napotkanych sytuacji, spojrzenia, uśmiechy, dźwięki, zapachy, gesty i swoista gra ciała, stanowią sedno prawdziwego poczucia jedności z tym krajem. Bombardowny nie zawsze zrozumiałymi, zadziwiającymi, a czasem nawet odstraszającymi bodźcami, niezdarnie poruszający się w maurytyjskiej rzeczywistości okcydentalny człowiek, najczęściej pozostaje drętwym obserwatorem kolorowego spektaklu. Jedynie ten czy ów, nieśmiało wgryza się w tumult i w końcu staje po drugiej stronie lustra.

Zanim jednak rozgrzany piasek poparzy wam stopy, rzęsisty deszcz przemoczy do majtek, a wyjące psy nie dadzą spać, proponuję wspólnie «zajrzeć pod maskę». Po co? Ano, żeby się przygotować na spotkanie z czymś, czego jeśli od pierwszego wejrzenia nie polubicie, to przynajmniej postaracie się zrozumieć i bohatersko, na czas egzotycznych wczasów, zaakceptujecie.

Z nadzieją, że kiedyś, podczas spaceru po maurytyjskich dziurach, was też chwyci za gardło wzruszenie i nagle zawiruje wokół powietrze. Obraz rozmyje się, jak przez grubą szybę. Pozostanie wtedy kolorowa plama, pulsująca w rytm dudniącego tętna i dziwne ciepło w trzewiach. Tak ma ten, który płakać nie chce, ale czuje, że pęka.

Zapraszam do lektury wpisów na blogu…
tutaj