CASELA PARK i „walking with lions”, chcecie wiedzieć jak to w końcu jest?

Dzikie lwy czy naćpane? Bite, zaniedbane, na haju, na dopalaczach? Pewnie znęcają się nad nimi?! Pewnie każą robić cyrkowe sztuczki, pozować do zdjęć pod groźbą kija? Jak to w końcu jest?!!!

Mrzonki o pieszczotach z dziką bestą snują mi się pod czaszką… kręci mnie ryzyko, adrenalina, tudzież „obcowanie z naturą”. Która porąbana część mnie wpadła na ten pomysł?

casela-mauritius

Ludzie listy piszą…

„Pani Kasiu! Z przyjemnością czytam Pani bloga, to wspaniałe z jaka pasją i rozsądkiem podchodzi Pani do spraw podróżowania, natury i kultury wyspy. Wraz z mężem wybieramy się w czerwcu na Mauritius… Czytałam Pani wpis o delfinach i zgadzam się całkowicie z tym, że stres na który je narażamy jest za wysoką ceną za takie przeżycie. Trudno, tego nie zrobimy. Jednocześnie w którymś z wpisów polecała Pani spacer z lwami. Jestem ciekawa Pani szczerej opinii na ten temat. Czytuję historie o lwach bitych kijami (inaczej dlaczego miałyby do tego kija ‚mieć szacunek’?), o znecaniu się, o zwierzętach skazanych na śmierć w meczarniach po tym, jak przekroczą wiek odpowiedni do spacerów. Budzi to mój wewnętrzny sprzeciw i straszne rozczarowanie ludzkim gatunkiem. Marzyło mi się obcowanie z lwami w jako-tako naturalnych warunkach (mamy jeszcze całkiem naturalne warunki na świecie?), ale to wszystko nie tak. Planujemy nasz pobyt spędzić w miarę aktywnie… Le Morne, może Black River, wodospady, most i tyrolki w parku Casela, ale czy to ostatnie warto? Czy to nie jest przykładanie ręki do okrucieństwa i nabijanie monet ludziom, którzy są zwyczajnie zbyt głupi żeby w zwierzęciu zobaczyć żywą istotę? Wielokrotnie pisała Pani szczerze o tym, co się Pani nie podoba, dlatego ufam w Pani trzeźwe spojrzenie na sytuację. Czy w wolnej chwili naskrobałaby Pani mi kilka zdań na temat tego parku? Z moim zatwardzialym ‚internet kłamie’, chętniej podejmę decyzję w oparciu o zdanie kogoś, kto po prostu wie! Pozdrawiam ciepło i mam nadzieję, że do zobaczenia, Ewelina”

Strach ma wielkie oczy. I dobrze mi tak.

Sprawdzam ukradkiem moje sznurówki. No tak, przecież w razie nagłej ucieczki mogłabym się w nie zaplątać i pierdyknąć o ziemię. A lew nie będzie pytał czy może, czy nie. Dziabnie i tyle. Lepiej zatem sprawdzić. Myślę o porannej toalecie. Swojej, nie lwa. Widzę się jeszcze w lustrze, zaspana, potem hop pod prysznic. Wiem, że włożyłam majtki, ale za Chiny przypomnieć sobie nie mogę, czy się tym perfumem w końcu psiknęłam, czy nie. Zazwyczaj się psikam. Ale dzisiaj?… Nie pamiętam. Czarna dziura. Cholera, taki lew to przecież na zapachy wrażliwy być musi. A co, jeśli mu się mój Valentino nie spodoba? Kurde, nikt mnie nie uprzedził. Ktoś przecież musiał już te wszystkie pierdoły obmyśleć?!

Stoję w szergu zbiórka, słucham krótkiego briefingu. Dobra, nie będę szaleć, biegać ani krzyczeć (rany, ja tu nie przyjechałam na jakieś sporty człowieku, tylko obejrzeć dziką bestię), podpisałam papier, że jestem zdrowa na umyśle i wszystko to będzie moja wina, moja bardzo wielka wina, jeśli coś pójdzie nie tak. A przecież mama mówiła, żebym siedziała w domu na dupie?! Czuję jak urojone pajączki chodzą mi po łydkach i nic nie mogę z tym zrobić. Wsadzili mi do ręki jakiś kij i wepchęli z kilkoma lekko zapoconymi klientami, do lwiego ogródka.  Mam się trzymać kupy i słuchać co się do mnie mówi.

Po co trzymam ten kij w ręku? Gdyby kij nie służył do walenia, dali by mi pewnie różowego misia, tylko po co? Nie wpadnę tam i nie będę wymachiwać gnatem we wszystkie strony! Niech rzecz będzie niejasna wyłącznie dla głębokich debili. Siła perswazji pozostanie najefektywniejszą, na wieki wieków amen (patrz USA v/s cała reszta świata). Reasumując : bilet – lew – kij – dominacja – kto zmoczy majtki – cała atrakcja.

Już za chwilę okaże się, czy rzeczywiście nie można go pogłaskać wyżej niż po zadzie, taki dali prikaz. Nie musieli przypominać, bo się odważyłam dotknąć bestię tylko do piątego kręgu lędziwiowego. I to aż trzy razy z rzędu.

interakcja od ogona

Powinnam była rano zrobić słabszą kawę. Ten lew ma gęstszą grzywę niż najbardziej wypieszczona trawa na mundialowym boisku! Rany boskie, patrzy się na mnie i ziewa. Otworzył japę, a tam zęby osadzone w czerwonych dziąsłach. Jezu, co ja mówię?! Kły półmetrowe, świeżo naostrzone, przecież widzę jeszcze w żołądku resztki zeszłorocznego nosorożca! Odpędził łapą jakieś muchy i walnął nią o ziemię, aż zadudniło. Ileż to może ważyć? Ile zjeść na obiad? Jak szybko może szarpnąć, dziabnąć… zabić?

Póki co, opieka czuwa, chłopcy uważnie śledzą każdy ruch zwierzęcia. Umieścili się tak, by otoczyć zwierzę, a klientów trzymać na dystans. Durna grupka stoi zwarcie, każdy po kolei podchodzi kotka od tyłu, przykuca i głupkowato usmiecha do obiektywu. Tamten unosi łeb, ale z flegmą, rozgląda się majestatycznie, potrząsa grzywą, ma czas. O kurzy ryj! Zmienił bok – wszyscy odskakują jak oparzeni, a ten się rozwalił całkiem na płasko – „głaszcz mi brzuch frajerze”, a tu nikogo nie ma. Opiekuni szczerzą zęby „it’s OK, keep cool man” szorują mu podbrzusze, a mnie pajączki świrują już w skarpetkach. Myślę, gdyby go nafaszerowali, nie zwróciłby uwagi na jakieś pieszczoty w regionie anusa. Wygląda jakby robił to całe życie i mu się to podobało. Przecież każdy kot lubi takie szuru-buru. Tylko te kije…

img_4291

Dokładnie tak, jakby kładli pierwsze fundamenty wieży Eiffla, gruby koleś z żoną wkręcili swoje kije w ziemię obok lwiego zadka, chociaż aż tak mocno nie kazali. Potem zabrali się za gładzenie futerka, ale jakoś tak w starting blokach, gotowi do odskoku w razie czego, cyk Facebook, cyk Instagram, cyk babcia Jola i cyk kooleżanki z pracy.

Nie myślę o kolejnym cyku, bo moja minuta z dzikim kotem ciągnie się od siatki do siatki, poprzez całe dwadzieścia metrów placu, zaczepiając o trzy ogromne drzewa, gdzie w cieniu konarów, spod przymrużonych powiek obserwuje nas mama lew, wujek lew i trzy inne pociotki. Nie licząc tego pod moimi palcami, w sumie sześć ogonów. Acha, to ja jestem na haju i słyszę jak zaczyna mi schodzić lakier z paznokci. W to piękne letnie popołudnie doszło do mnie, że umiem oddychać przeponowo i że oparcie ławki przy wejściu do „big cats” było naprawiane conajmniej cztery razy za pomocą łączników budowlanych typu B8, cynkowanych ogniowo na biało.

lwy-w-parku-casela-na-mauritiusie

Mimo poufnych czułości opiekunów ze spokojnie leżącym włochatym delikwentem, ogarnęło mnie nieugięte przekonanie, że nikt tu bezpieczny nie jest. Ani staff, ani lew. No i mój tyłek, przede wszystkim. Za mocna kawa, za dużo kicikici, wystarczy już tych selfików. Całe szczęście sesja skończona, kierunek do wyjścia z placu Stękań, dalej w kupie szanownych państwa, tak to koniec, proszę do kasy po zdjęcia. Zobaczymy komu puściły zwieracze…

interakcja od furtki

Ustawiam się w kolejce po portret z Królem Sawanny. Ten pan z przodu czerwony, a ten z tyłu blady, połapać się za bardzo nie można. Jedna, mało co się nie popłakała ze szczęścia, objawienia doznała czy co, nie wiem, kilku jeszcze wisi pod sufitem, paru innych narzeka, że właściwie nie wiadomo po co przyszli, przynajmniej by dłużej pospali. Wszystko by przeszło bez echa, gdybym nie chlapnęła jęzorem: – No i jak było? Kolejka zaszczebiotała.

Jedni zgodnie, że lew znudzony, leniwy i spał. Drudzy, że podniecony, rozjuhany, że niebezpiecznie szturmy trzeba było odpierać. Bohaterzy narodowi, Westerplatte, kuźwa, im się przypomiało. Ale wszyscy zgodnie, że przecież „dupy nie urywa”. No to po co, ja się pytam, do sracza jeden z drugim stali pół godziny wcześniej?!

img_03531

Czy już mówiłam, że kawa zdecydowanie była za… kurczę, właściwie, to po co oni nam te kije dali? Kręcę głową, bo coś mnie uwiera w człowieku i nie rozumiem, co się dokładnie wydziało. Przewijam do tyłu film, klatka po klatce (wyżyny nieprawdaż?), przecież to nie średniowiecze, żeby tak zwierzę wykorzystywać! Gdzie ekologia w tym wszystkim, gdzie kultura, jakieś wyższe racje? Toż to nabijanie pieniędzy, ktoś za tym stoi, jakaś mafia, ja im dam lwie lobby!

Zerknęła na siebie kolejka i się zaczęło. No bo, „o co kaman, psze pani, one i tak na mięso pójdą”.

– No bo, już sam Darwin prosił królową Wiktorię, żeby parki przyrodnicze zakładała, inaczej rzadkie gatunki spisane na zagładę będą, degenerację, kłusownictwo – zaczynam się pocić, ale twardo tłumaczę. – Co Pani powie! – unosi brwi tłusty brzuszek. – Ty durny, to już nie przyroda, tu je ćwiczą, żeby na siebie zarabiały, trenują, siadaj na komendę i takie tam, żeby weterynarz nie musiał ich usypiać jak im zęby ogląda! – wtrąca roztropnie, niestety jednorazowo, ruda. – Właśnie –  podchwytuję, całując w myślach rudą – fakt, że zwierząta urodziły się w parku pozwala im na codzienny kontakt z ludźmi. Dają się dotknąć, bo znają nasz zapach, sposób poruszania się, mają do nas zaufanie bo je karmimy, leczymy, pieścimy. – Gruby się ożywił: – Noo… to się trzyma kupy. Coś żreć muszą, a przecież taki to pół krowy zje! – Chyba je wymieniają po jakimś czasie? – ktoś się zakłopotał. – Oczywiście – próbuję wtrącić – tylko te osobniki, które są chętne zaprasza się do tej atrakcji, reszty nawet nie widać, odpoczywają, bawią się, uczą… a jest ich ponad setka w całym ogrodzie. Stanowią doskonały materiał genetyczny, dzięki nim naukowcy utrzymują czystość rzadkich gatunków, parki na całym świecie wymieniają się takim potomstwem. – Ale myśmy pani Kasiu, w Afryce byli na takim prawdziwym safari,  to nie tak jak tutaj…  tam były zwierzęta na wolności! – Daj spokój, jaka mi to wolność, ogrodzone też były, tylko tego nie było widać i dokarmiali je, też nie widziałeś?! Samochodem się jeździło i tyle. I za ogon niczego nie trzymałeś! – Nie ma już tych dzikich przestworzy, buszu. Zdechłoby to wszystko gdyby ktoś nie zarabiał na ich grzbiecie pieniędzy… – nie wiadomo już, kto kogo przegaduje. – A jak zaatakują, to co? No, właśnie… co? – No, przecież dlatego tu wlazłeś idioto! – Po to, żeby mnie zjadły? – Nie, po to, żebyś się posrał ze strachu! – oponuje żona grubasa i ma rację.

Tyle opinii, co pcheł w lwiej grzywie. Taka ci nowoczesność, że niby ZOO, niby safari, ale za to treningi, uczenie, ćwiczenia, szkoła dla pupilków, kontrolowane rozmnażanie, bliskie inetakszyn, wszystko razem do kupy, a strach za dupę trzyma. A co, miał mieć dwustukilowy kiciek obrożę, wiklinowy koszyk i wydziarany w kwiatki numer ewidencyjny na łopatce? A po co skaczesz na elastiku? Przecież urwać się może. Ryzyko dźwignią handlu i tak trzymać, inaczej nam park zamkną, zwierzęta w buszu wyłapią, a lwy to se w telewizorze pooglądasz, i to jeszcze jak komuś z dyrekcji się przypomni, że takie coś kiedyś żyło i trzeba społeczeństwu przyrodniczą pamięć odświeżyć.  Amen.

moje private point of view

Łagodne pieszczoty opiekuna po zabliźnionych szramach na skórze (drą się między sobą, wie pani, młode jeszcze, głupie trochę, pełne werwy). Brak śladów przemocy czy znęcania się personelu nad podopiecznymi. Zwierzęta spokojne, zrównoważone, błyszczące oko i sierść, a pod nią węzły mięśni. Wyglądają na zdrowe, dobrze odżywione, zadbane, czyste, w schludnych ogrodzeniach. Młody staff stara się czasem którego rozruszać (leniwe toto, bo im gorąco, a one w nocy głównie aktywne) zaczepia wysoko przynętę na konarze, kocur wdrapuje się błyskawicznie na sześciometrowy pień. Potem reaguje na swoje imię i podchodzi czule się łasić, mały kotek. Kociunio. Tip top.

img_3945

Jakkolwiek by im nie przyznać wielkiego stopnia uspołecznienia (nie mylić z oswojeniem), lwy w Caseli będą tropić każdą nieuwagę i wykorzystają ją dokładnie tak samo jak włoska mafia. Szybko i bezlitośnie.

walking with lions czyli spacer z lwami

Tutaj nie dam się zbić z tropu.

Walking with lions, czyli spacer 10 osobowej grupy turystów w towrzystwie dwóch młodych lwów, sześciu opiekunów i jednego fotografa w zalesionym terenie, to czysta megalomania. Czterdziestu pięciu minutom wystawiania na próbę własnych i cudzych nerwów, pod groźbą zakupu protezy nowej głowy, mówimy NIE!

Jak jeszcze na 10 minut interakcji dałam się zaciągnąć, bo betonowym argumentem było, że kiciuś jest jeden, leży i się nie rusza, tak tutaj ruchomych parametrów stanowczo jest za wiele. Nie wierzę w sprawność fizyczną opiekunów i szybkie ich bieganie, nikt za pasem nie nosi rewolweru, ponoć Judo na lwa nie skutkuje, stare parówki pewnie też. Nie chce mi się wizualizować furii rozbrykanych (młodych cokolwiek, lecz ważących już około 200 kilogramów zwierząt), a potem rozwścieczonych (nie wiem, ruchem gałązek na wietrze, krzywym spojrzeniem rudej, moim Valentino?…) bestii i mojej następnie paniki. Nie wiem, jak można zatrzymać maszynę do zabijania, może ktoś widział gdzieś w Biedronce jakiś przepis? A może rozdają ulotki w przejściach podziemnych w galerii, tylko, że ja tamtędy akurat po chleb nie poszłam?

No to, warto?

Czy polecam? Nie polecam, ale gdy ktoś nigdy nie widział z bliska dzikiego kota, to jedyna w swoim rodzaju okazja, żeby go zobaczyć nie przez kraty i nie oszołomionego prochami. Tu lwy pracują, taki lajf. Nikogo nie stać na to, żeby je utrzymywać z własnej kieszeni. Nawet księżną Stefanię z Monako, bo właśnie ona jest „matką chrzestną” parku Casela.

I tylko tak można się przyłożyć do projektu utrzymania wymierających gatunków. Płacąc za wejściówkę do Caseli. Dalej mam mieszane uczucia. Chciałabym widzieć te zwierzęta brykające po bezkresnej sawannie, szczęśliwe, wolne, nieokiełznane. Tylko, kurczę blade, gdzie znaleźć jeszcze tę sawannę Toniego Halika, bezpieczną, hojną w wodę i żywność, jak tu sami kłusownicy, susza, choróbska i pomór? W Totolotka jakbym wygrała, też wiele bym nie zasponsorowała. Mam inne codzienne potrzeby, jak każdy (bo u mnie w lodówce leży ostatnie wydanie Mroza i stary Edamski). Zatem tylko turysta w turystycznym uniesieniu, z turystycznym portfelem w kieszeni, z turystycznym dzieckiem i żoną, niechże spełni swą turystyczną mrzonkę. Interakcję z lwem w Caseli.

(na własne ryzyko… of course)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s